RSS
wtorek, 22 lutego 2011
Dowody...

Prawda... Od czasu zrobienia tych zdjęć minęło już trochę czasu. Ale tegoroczne są. Prawie świeżynki.

Autorem jest oczywiście M. Ja nie miałam tyle samozaparcia i (wstyd się przyznać) skróciłam spacer ze względu na straszliwy mróz. Wstawiam tylko kilka, chociaż miałam bardzo duży problem z wyborem, bo wyszły piękne.

A zdjęcia są dowodem na to, że zima też może być piękna. Nawet w mieście. Nawet dużym. Wszystkie zrobione są na naszym osiedlu.

 

zima w mieście

Może śnieg, to jak kiedyś przeczytałam u p. Mrożka, woda w proszku. Ale za to jaka urokliwa :-)

 

zima w mieście

I jeszcze to... Bardzo lubię te ptaki. Chyba jestem w mniejszości, ale cóż na to poradzę. Zmyślne bestie. Kiedyś Pan Doktor Kruszewicz, w mojej ukochanej Trójce opowiadał, jak wykorzystują człowieka do swoich celów. Widzieliście może kiedyś gawrona (bo to nie kruki! nie wrony!) dumnie spacerującego z orzechem w dziobie? A zastanawialiście się może jak takie ptaszysko dostaje się do smakowitego środka? Jednym ze sposobów jest nasz samochód. Gawrony zauważyły, że te głośne i śmierdzące blaszaki czasem się zbiorowo zatrzymują i gdy na badylu zaświeci się zielone światełko, ruszają znowu. Sama widziałam jak podkładają pod koła samochodów stojących na światłach orzechy i uciekają na bok czekając  aż samochody znowu staną. Wtedy idą sprawdzić co z papu będzie. Prawda - czasem zamiast obiadu zostaje miazga orzechowa. Ale czasem się udaje i bez większego wysiłku można sobie podjeść.

gawron w mieście

Tyle ciekawostek ornitologicznych. Koniec na dzisiaj :-)

poniedziałek, 21 lutego 2011
I znowu zima...

Oj dawno mnie tu nie było... Przyznaję bez bicia i obiecuję poprawę.

Nie wiem jak u Was, ale u mnie zima wróciła. Teraz lekko sypie śnieg. Rano, jak wychodziłam do pracy (niektórzy twierdzą, że to jeszcze noc), było tak cicho i spokojnie. U nas na osiedlu sypało porządnie. Biało. Spokojnie. I ta cisza stworzona  przez białą pierzynkę. Wszystkie dźwięki dochodzące jakby z innego świata. W zimie uwielbiam właśnie to uczucie. Niektórzy narzekają. Bo zimno, bo ciemno, bo samochód trzeba odśnieżać. Ci sami latem narzekają, że gorąco, że śmierdząco i ogólnie słońce za bardzo grzeje.

Ja lubię ciepło. Słońce i kwiaty. Ale przecież nie mam wpływu na to, że jest teraz zima. A zima jest piękna. Trzeba tylko postarać się to piękno zobaczyć. Musimy się nauczyć cieszyć chwilami, bo nigdy nie wiadomo ile jeszcze ich mamy. Pomyśl - gdybyś wiedział/wiedziała, że to będzie Twoja ostatnia zima, czy nie inaczej byś na nią patrzył? Po co wybiegać w przyszłość i wiosną tęsknić za latem, latem za jesienią...?

Osobiście cieszę się, że u nas jest zmiennie. Lubię każdą porę roku. Każdą za co innego. Wiosnę za zapach życia. Za to, że daje mi poczuć siłę stworzenia. Lato za rozleniwienie i błogość. Za mrożoną kawę sączoną z Lubym z miłej atmosferze kawiarnianego ogródka. Jesień za to, że słońce muska mnie wtedy delikatnie po twarzy jakby mówiło - nie martw się... Niedługo wrócę i znowu dam życie... Za zapach liści i ognisk... Za mgły, które snują się po polach... Za to, że w obrzydliwy listopadowy wieczór tak cudownie smakuje herbata z cytryną... Zimę za ciszę. Za radość dzieci szalejących na śniegu. Za słońce patrzące na mnie czasem zza chmur i mówiące AKUKU! Za niepowtarzalne piękno każdego płatka śniegu.
Nie twierdzę, że wogóle nie narzekam na pogodę, ale staram się tego nie robić. Uczę się kochać życie.
Nawet jeśli oznacza to, że wyglądem przypominałam rano misia pandę ze względu na rozmazany makijaż :-)

wtorek, 04 stycznia 2011
Z Nowym Rokiem, nowym krokiem...

No i stało się. Mamy rok 2011. Rok rozpoczęty może niezbyt hucznie w moim przypadku, ale w sympatycznej atmosferze.

Co nam przyniesie? Czy będzie dobry, lepszy? Mam taką nadzieję.

Chcę wierzyć, że ten rok przyniesie mi same dobre wspomnienia. Będzie dobry. Pogładzi mnie po głowie i powie: Mam dla Ciebie prezent...
Ostatnie lata mnie nie rozpieszczały. Chciałabym, żeby ten mnie trochę dopieścił...

I wbrew ekonomistom, malkontentom, wbrew kursom walut i kryzysowi, wbrew prognozom pogody i ludziom krzyczącym mi w twarz z telewizora, że jest źle, a będzie gorzej, wbrew życiu, które czasem mocno boli, chcę powiedzieć, że ten rok BĘDZIE DOBRY.

Ostatnio przypomniałam sobie o czymś, co uwielbiałam robić podczas studiów. Cytaty. Takie małe perełki, które czasem warto sobie przypomnieć. Swego czasu wyłuskiwałam je z książek jak Kopciuszek.

Oto więc cytat na dziś...

Nie ma zbyt wiele czasu, by być szczęśliwym. Dni przemijają szybko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpisujemy marzenia, a jakaś niewidzialna ręka
nam je przekreśla. Nie mamy wtedy żadnego wyboru. Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi dziś,
jak potrafimy być nimi jutro?

Wykorzystaj ten dzień dzisiejszy. Obiema rękoma obejmij go. Przyjmij ochoczo, co niesie ze sobą: światło, powietrze i życie,
jego uśmiech, płacz, i cały cud tego dnia.
Wyjdź mu naprzeciw.

— Phil Bosmans

piątek, 31 grudnia 2010
Sylwestrowo, Noworocznie...

No i koniec roku...

Z roku na rok ten koniec roku następuje jakoś szybciej. Kiedyś jeden rok, to była prawie wieczność. Teraz, śmiga jak odrzutowiec. Sekunda za sekundą, minuta za minutą, dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem...

Jakoś nigdy nie przepadałam za Sylwestrem i wszechogarniającą psychozą przymusowej dobrej zabawy... Najchętniej spędziłabym ten czas w domu, w łóżku, udając, że nic się takiego nie stało... Wtulając się w ukochanego mężczyznę i całując go mocno o północy...
Ale słowo się rzekło. Idziemy do znajomych. Hm... A jakby tak uciec po kopciuszkowemu zaraz po północy? Jest to jakiś pomysł na przetrwanie...

Zanim wchłonie mnie kuchnia i przygotowania, chciałam Wam jednak złożyć życzenia...

Żeby było może trochę nietypowo, życzenia złoży za mnie Edward Stachura... Mam nadzieję, że nie pokręcę za bardzo, bo piszę z pamięci... Jego tomik mi się gdzieś zapodział w czasie przeprowadzki...
A dlaczego on? Bo pięknie to zrobi...

Życzę ci zdrowia
i mnóstwa gwiazd nocą,
wspaniałych przebudzeń po krzepiącym śnie,
i wygodnych butów i ciepłych skarpetek zimą,
ciszy wśród opadających płatków śniegu
i zobaczenia wielkimi oczami, że każdy płatek jest Słońcem.

czwartek, 30 grudnia 2010
Strata...

Dziś będzie o czymś ważnym. Sprawa ważna, bolesna... Może to dość ciężki temat jak na początek, ale trudno. Dziś będzie o stracie.

We wrześniu straciliśmy upragnione Dziecko. Żyło sobie we mnie już 3 miesiące i nagle koniec. Słowa lekarza brzmiące jak wyrok. Pani Dziecko się nie rozwija. Przykro mi. Musimy jeszcze powtórzyć badanie, więc wszystko się może zdarzyć. Nie zdarzyło się nic. We wtorek diagnoza jak wyrok. Ciąża obumarła. Płacz, ból, poczucie krzywdy... W środę pojechałam do szpitala. Na łyżeczkowanie. Według mojego lekarza lepsze dla mnie rozwiązanie.

I tu zaczyna się coś, czego zupełnie nie rozumiem.

Przyjeżdżamy do szpitala koło godziny ósmej rano. Na przyjęcie na oddział czekamy do godziny jedenastej. W jednej poczekalni tłoczą się kobiety w ciąży czekające na badanie KTG, kobiety do przyjęcia na oddział z powodu problemów ginekologicznych i te, które przyjechały, bo minął ich termin. Do tego ich mężowie. I my. Ze swoją stratą. Ze swoim bólem.
W końcu wychodzi położna, bierze od nas skierowanie i znika. Pojawia się po godzinie. Mam iść na USG. Potwierdza się wcześniejsza diagnoza, co już nie jest dla mnie takim szokiem. I znowu czekanie. W końcu wchodzę do gabinetu nazwanego szumnie Izbą Przyjęć. Tam spisują historię moich chorób, która jest dość obszerna. Wygląda to trochę jak film Bareji. Najpierw lekarka siedzi przy komputerze i zadaje mi pytania. Odpowiadam. Potem położna zadaje praktycznie te same pytania, tyle, że zapisuje na kartce. Potem zamieniają się miejscami i procedura się powtarza. Potem badanie. I w końcu ląduję na oddziale. I czekam. Nikt nie przychodzi. M. się denerwuje, bo nie wie, co się dzieje. W końcu trafia do mojej sali. Siedzimy i czekamy. Przychodzi siostra. Zakłada mi wenflon. Mam się przygotować, bo zaraz idziemy. M. idzie na spacer. Ja czekam. W końcu prowadzą mnie na salę zabiegową. Tam czekam dalej. Siostra wpada, przeprasza, że to tak długo trwa. Mam czekać. Czekam. Siostra wpada znowu. Prosi, żebym poszła na salę, bo mają poród i trochę to jeszcze potrwa. Czekam na sali. W końcu przychodzi po mnie anestazjolog. Jedyny lekarz, który podszedł do mnie jak do człowieka. Powiedział, że mu przykro, że tak się stało. Porozmawiał. Tłumaczył co robi. Nie wiem jak znalazłam się na sali. I jak wysłałam sms-a do M., o której może przyjść. Podobno wysłałam kilka, z czego jeden sensowny... Obudził mnie ból. Budziłam się i zasypiałam... W końcu otrzeźwiałam na tyle, że wiedziałam, co się dzieje wokół. Przyszedł M. Dopiero teraz czuję się bezpieczniej. Spokojniej. M. próbował dowiedzieć się, kiedy mnie wypiszą. Opryskliwa siostra mówi mu, że teraz lekarze są na spotkaniu i jak skończą, to będą wypisy. Bo do domu wypiszą mnie dziś. A kiedy, to ona nie wie. Więc czekamy. Cały czas liczę na to, że przyjdzie do nas lekarz. Że coś powie. Wyjaśni. Sprawdzi chociażby jak się czuję po zabiegu. W końcu przychodzi opryskliwa siostra i prosi mnie, żebym do niej przyszła. M. pomaga mi wstać. Kręci mi się w głowie. Cała pościel we krwi. Pomyślałam - pewnie lekarz chce mnie zobaczyć jeszcze przed wypisem. Nie. Okazuje się, że siostra wezwała mnie po to, żebym podpisała jej odbiór wypisu. Pytam o dietę, jedzenie, długość krwawienia... Odpowiada pytaniem - a co? Nie dostała Pani obiadu? A krwawienie ustanie. Nie chodzić dużo, nie kąpać się długo. Jeść można. Zaraz obiad Pani dostanie. To było na tyle. Zero pytań jak się czuję, zero informacji, zero współczucia, zero lekarza. Gdyby nie mój lekarz nie miałabym środków przeciwbólowych, antybiotyku, L4... Niewiarygodne? A jednak...

Tak naprawdę złość przyszła dopiero w listopadzie. Cierpiałam strasznie, bo nie miałam nawet gdzie zapalić lampki dla naszej Kruszynki. I zaczęłam szukać. Wydawało mi się niewiarygodne, że może się to tak odbywać. No i doszukałam się.

Moi drodzy! Jeśli kiedykolwiek spotka Was lub Waszych bliskich taka strata, czego Wam nie życzę, to wiedzcie, że macie PRAWA, chociaż nikomu nie chce się o nich pamiętać. Macie prawo do wydania aktu urodzenia dziecka. Macie prawo do wydania zwłok dziecka, pogrzebu i zasiłku pogrzebowego. Matki - macie prawo do skróconego urlopu macierzyńskiego. I nie ważne jak duże było dziecko. Nie ważne jak długo żyło. Nie chodzi tu o to, że musicie pochować dziecko, że jesteście zmuszeni do odbioru jego zwłok. Chodzi o to, że jeśli uznacie, że to Wam pomoże, to macie do tego PRAWO. Macie prawo do ŻAŁOBY i do przeżywania Waszej straty.

Niestety, rzeczywistość wygląda tak, że o te prawa musimy się upominać sami. O nas, rodzicach dzieci, którym nie dane było się urodzić nikt nie pamięta. Z rzadka pojawiają się jakieś artykuły w prasie. Nikt nas nie informuje o naszych prawach. O naszych Dzieciach, mówi się "COŚ". Nikt nie szanuje naszego bólu. Mówią - jeszcze urodzisz dziecko, nie martw się, to jeszcze nie był człowiek... Albo nie mówią nic. Udają, że sprawy nie było. Ale sprawa jest. Ból siedzi gdzieś głęboko w nas.

Moja koleżanka powiedziała mi piękną rzecz. Wy jesteście rodzicami. Wasze dziecko nie żyje, ale to nie odznacza, że go nie było. Będziesz w ciąży. Wierzę w to. Urodzisz dziecko i będziecie się nim cieszyć. Ale to nie będzie Wasze pierwsze dziecko. Bo ono umarło.
Czytałam, że żeby wydać zwłoki dziecka w większości przypadków trzeba udać się na wojnę. Zabrać ze sobą podrukowane  akty prawne, ustawy. Bo lekarze albo nie znają prawa, albo wygodniej jest im nie znać go. Nie chcę tu generalizować. Być może skrzywdziłam tu pracowników służby zdrowia, którzy dbają o dobro, także to psychiczne, swoich pacjentów. Mi jednak nie dane było takich spotkać.

Nie było mi łatwo to pisać. Uznałam jednak, że trzeba o tym mówić. Trzeba przełamywać tabu. Bo jeśli sami o siebie nie zadbamy, to nikt o nas nie zadba. Nieznajomość prawa nie działa na naszą korzyść. Niestety.

Jeśli nie ma innej drogi, tylko "poczta pantoflowa", to niech będzie i tak. Mówmy. Piszmy. Przełamujmy tabu. Nie twierdzę, że to jest łatwe. Ale ważne rzeczy w życiu nigdy nie przychodzą nam łatwo.

Polecam serwis internetowy www.poronienie.pl
Pomoże się Wam przygotować do bitwy. Serwis stworzyły kobiety, które same przeszły przez tą drogę. Znajdziecie tam wszystkie potrzebne Wam informacje. Znajdziecie akty prawne. Znajdziecie wsparcie. Nie musicie pisać. Czasem sama świadomość, że nie jesteśmy sami pomaga.

Nie dajmy sobie wmówić, że nasza strata jest nieważna, a ból przesadzony...

Śpij spokojnie, nasz Aniołku :-*

środa, 29 grudnia 2010
Powitanie

Witam Cię zbłąkany internauto na moim blogu.

Powstał on w akcie... Hm... Tylko czego? Odwagi? A może jej braku? A może potrzeby pochylenia, zatrzymania się nad chwilami, które nam wciąż umykają?

Z góry przepraszam więc za niedociągnięcia jakie mogą się tu pojawić. Postaram się umieszczać tu wszystko, co według mnie warte jest uwagi. Rzeczy codzienne, śmieszne, smutne... Będzie to spojrzenie kobiece, bo kobietą jestem i od kobiecości nie ucieknę. Nawet nie chcę.

Pozdrawiam więc ciepło w ten zimny wieczór znad parującej herbaty...

Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl