Blog > Komentarze do wpisu
Strata...

Dziś będzie o czymś ważnym. Sprawa ważna, bolesna... Może to dość ciężki temat jak na początek, ale trudno. Dziś będzie o stracie.

We wrześniu straciliśmy upragnione Dziecko. Żyło sobie we mnie już 3 miesiące i nagle koniec. Słowa lekarza brzmiące jak wyrok. Pani Dziecko się nie rozwija. Przykro mi. Musimy jeszcze powtórzyć badanie, więc wszystko się może zdarzyć. Nie zdarzyło się nic. We wtorek diagnoza jak wyrok. Ciąża obumarła. Płacz, ból, poczucie krzywdy... W środę pojechałam do szpitala. Na łyżeczkowanie. Według mojego lekarza lepsze dla mnie rozwiązanie.

I tu zaczyna się coś, czego zupełnie nie rozumiem.

Przyjeżdżamy do szpitala koło godziny ósmej rano. Na przyjęcie na oddział czekamy do godziny jedenastej. W jednej poczekalni tłoczą się kobiety w ciąży czekające na badanie KTG, kobiety do przyjęcia na oddział z powodu problemów ginekologicznych i te, które przyjechały, bo minął ich termin. Do tego ich mężowie. I my. Ze swoją stratą. Ze swoim bólem.
W końcu wychodzi położna, bierze od nas skierowanie i znika. Pojawia się po godzinie. Mam iść na USG. Potwierdza się wcześniejsza diagnoza, co już nie jest dla mnie takim szokiem. I znowu czekanie. W końcu wchodzę do gabinetu nazwanego szumnie Izbą Przyjęć. Tam spisują historię moich chorób, która jest dość obszerna. Wygląda to trochę jak film Bareji. Najpierw lekarka siedzi przy komputerze i zadaje mi pytania. Odpowiadam. Potem położna zadaje praktycznie te same pytania, tyle, że zapisuje na kartce. Potem zamieniają się miejscami i procedura się powtarza. Potem badanie. I w końcu ląduję na oddziale. I czekam. Nikt nie przychodzi. M. się denerwuje, bo nie wie, co się dzieje. W końcu trafia do mojej sali. Siedzimy i czekamy. Przychodzi siostra. Zakłada mi wenflon. Mam się przygotować, bo zaraz idziemy. M. idzie na spacer. Ja czekam. W końcu prowadzą mnie na salę zabiegową. Tam czekam dalej. Siostra wpada, przeprasza, że to tak długo trwa. Mam czekać. Czekam. Siostra wpada znowu. Prosi, żebym poszła na salę, bo mają poród i trochę to jeszcze potrwa. Czekam na sali. W końcu przychodzi po mnie anestazjolog. Jedyny lekarz, który podszedł do mnie jak do człowieka. Powiedział, że mu przykro, że tak się stało. Porozmawiał. Tłumaczył co robi. Nie wiem jak znalazłam się na sali. I jak wysłałam sms-a do M., o której może przyjść. Podobno wysłałam kilka, z czego jeden sensowny... Obudził mnie ból. Budziłam się i zasypiałam... W końcu otrzeźwiałam na tyle, że wiedziałam, co się dzieje wokół. Przyszedł M. Dopiero teraz czuję się bezpieczniej. Spokojniej. M. próbował dowiedzieć się, kiedy mnie wypiszą. Opryskliwa siostra mówi mu, że teraz lekarze są na spotkaniu i jak skończą, to będą wypisy. Bo do domu wypiszą mnie dziś. A kiedy, to ona nie wie. Więc czekamy. Cały czas liczę na to, że przyjdzie do nas lekarz. Że coś powie. Wyjaśni. Sprawdzi chociażby jak się czuję po zabiegu. W końcu przychodzi opryskliwa siostra i prosi mnie, żebym do niej przyszła. M. pomaga mi wstać. Kręci mi się w głowie. Cała pościel we krwi. Pomyślałam - pewnie lekarz chce mnie zobaczyć jeszcze przed wypisem. Nie. Okazuje się, że siostra wezwała mnie po to, żebym podpisała jej odbiór wypisu. Pytam o dietę, jedzenie, długość krwawienia... Odpowiada pytaniem - a co? Nie dostała Pani obiadu? A krwawienie ustanie. Nie chodzić dużo, nie kąpać się długo. Jeść można. Zaraz obiad Pani dostanie. To było na tyle. Zero pytań jak się czuję, zero informacji, zero współczucia, zero lekarza. Gdyby nie mój lekarz nie miałabym środków przeciwbólowych, antybiotyku, L4... Niewiarygodne? A jednak...

Tak naprawdę złość przyszła dopiero w listopadzie. Cierpiałam strasznie, bo nie miałam nawet gdzie zapalić lampki dla naszej Kruszynki. I zaczęłam szukać. Wydawało mi się niewiarygodne, że może się to tak odbywać. No i doszukałam się.

Moi drodzy! Jeśli kiedykolwiek spotka Was lub Waszych bliskich taka strata, czego Wam nie życzę, to wiedzcie, że macie PRAWA, chociaż nikomu nie chce się o nich pamiętać. Macie prawo do wydania aktu urodzenia dziecka. Macie prawo do wydania zwłok dziecka, pogrzebu i zasiłku pogrzebowego. Matki - macie prawo do skróconego urlopu macierzyńskiego. I nie ważne jak duże było dziecko. Nie ważne jak długo żyło. Nie chodzi tu o to, że musicie pochować dziecko, że jesteście zmuszeni do odbioru jego zwłok. Chodzi o to, że jeśli uznacie, że to Wam pomoże, to macie do tego PRAWO. Macie prawo do ŻAŁOBY i do przeżywania Waszej straty.

Niestety, rzeczywistość wygląda tak, że o te prawa musimy się upominać sami. O nas, rodzicach dzieci, którym nie dane było się urodzić nikt nie pamięta. Z rzadka pojawiają się jakieś artykuły w prasie. Nikt nas nie informuje o naszych prawach. O naszych Dzieciach, mówi się "COŚ". Nikt nie szanuje naszego bólu. Mówią - jeszcze urodzisz dziecko, nie martw się, to jeszcze nie był człowiek... Albo nie mówią nic. Udają, że sprawy nie było. Ale sprawa jest. Ból siedzi gdzieś głęboko w nas.

Moja koleżanka powiedziała mi piękną rzecz. Wy jesteście rodzicami. Wasze dziecko nie żyje, ale to nie odznacza, że go nie było. Będziesz w ciąży. Wierzę w to. Urodzisz dziecko i będziecie się nim cieszyć. Ale to nie będzie Wasze pierwsze dziecko. Bo ono umarło.
Czytałam, że żeby wydać zwłoki dziecka w większości przypadków trzeba udać się na wojnę. Zabrać ze sobą podrukowane  akty prawne, ustawy. Bo lekarze albo nie znają prawa, albo wygodniej jest im nie znać go. Nie chcę tu generalizować. Być może skrzywdziłam tu pracowników służby zdrowia, którzy dbają o dobro, także to psychiczne, swoich pacjentów. Mi jednak nie dane było takich spotkać.

Nie było mi łatwo to pisać. Uznałam jednak, że trzeba o tym mówić. Trzeba przełamywać tabu. Bo jeśli sami o siebie nie zadbamy, to nikt o nas nie zadba. Nieznajomość prawa nie działa na naszą korzyść. Niestety.

Jeśli nie ma innej drogi, tylko "poczta pantoflowa", to niech będzie i tak. Mówmy. Piszmy. Przełamujmy tabu. Nie twierdzę, że to jest łatwe. Ale ważne rzeczy w życiu nigdy nie przychodzą nam łatwo.

Polecam serwis internetowy www.poronienie.pl
Pomoże się Wam przygotować do bitwy. Serwis stworzyły kobiety, które same przeszły przez tą drogę. Znajdziecie tam wszystkie potrzebne Wam informacje. Znajdziecie akty prawne. Znajdziecie wsparcie. Nie musicie pisać. Czasem sama świadomość, że nie jesteśmy sami pomaga.

Nie dajmy sobie wmówić, że nasza strata jest nieważna, a ból przesadzony...

Śpij spokojnie, nasz Aniołku :-*

czwartek, 30 grudnia 2010, maczek_79

Polecane wpisy

Komentarze
2010/12/31 21:15:17
Ojej, jak bardzo mi przykro! Nie wiem, co napisać, ale na pewno wiem, co może czuć matka po stracie dziecka.
-
zapiski_szwedzkie
2011/01/02 19:09:43
Nie napisalas, ze oprocz 2 dziadkow przezylas jeszcze jedna tak wielka strate.

Wspolczuje i Cie sciskam wirtualnie, choc sie nie znamy... Sama jestem mama 10-latka, nie moge oplakiwac 2giego dziecka bo mimo 5 lat prob nigdy go nie bylo, nie udaje sie nam zajsc w ciaze choc bardzo tego pragne i marzylam o tym, wciaz marze, ale faza na to juz mi przeszla, wiec z braku tego drugiego dziecka juz tez nie placze...

Maz nie pracuje od wyprowadzki za granice, wiec poki co nie stac nas na starania wspomagane ani na adopcje, bo mieszkaja poza Polska koszty trzeba poniesc jak przy adopcji zagranicznej...

Ale nie o tym mialam pisac. Dobrze ze opisalas swoj bol, wstyd mi tym bardziej,ze Cie to spotkalo, bo sama jestem lekarzem, psychiatra...Wstydze sie, ze pracownicy sluzby zdrowia tak latwo gubia humanizm i widzenie w pacjencie po prostu czlowieka potrzebujacego pomocy...

Pozdrawiam!!!

Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl